Środa
(Ranek)
Kaniony, o których wcześniej pisałam nazywają się Ardeche (pisownia francuska). A rzeka, która płynie przez skałki zwie się Ceze (nazwa francuska - zdecydowałam, że nazwy zostawię oryginalne, bo uważam, że tubylcza interpretacja danych miejsc jest najwłaściwsza, bo najbliższa prawdzie). Wczoraj byliśmy na "dzikiej" plaży przy tej rzece. Widok był prosty i jednocześnie piękny. Można się było odprężyć i zapomnieć o wszystkim. Wzięłam kilka pamiątek - parę kamieni i dwie muszle. Jedną z nich chcę podarować Agacie.
Siedząc tam skorzystaliśmy - ja, tata, wujek i Krysia oraz Focus - z gościnności (a raczej uprzejmości) francuskiej. Teren, na którym przebywaliśmy wykupiła francuska rodzina. W sumie im się nie dziwię, bo osobiście chciałabym mieć tego typu obszar tylko i wyłącznie dla siebie.
Jeśli kogoś to zdziwiło, to trudno. We Francji nawet obcokrajowiec może wykupić kawałek rzeki. Niestety, generalnie właściciel ma niewiele praw związanych ze swoim statusem. Nie może nic zbudować, bo generalnie teren uchodzi za niezabudowalny. Drugi zakaz - zakaz robienia pikników - jest dziwny, bo dla mnie osobiście niezrozumiały. Może jakiś Francuz mi to kiedyś wyjaśni, ale... Wracając do praw własnościowych kawałka rzeki, to może on jedynie zachowywać się tak, jak to robi gość na tym terenie - siedzieć i podziwiać widoki. No, ewentualnie może pływać po rzece i wyganiać ze swojego terenu przybyszów, ale to ostatnie jest naturalne.
Dzisiaj jedziemy na Marche (czyt. marsze) i do Avignon.
(Południowa sjesta)
We Francji zaczyna się jeść obiad od sałatki, do której dodaje się pomidora itp. rzeczy. Po zjedzeniu tego dania przystępujemy do właściwego obiadu. Oczywiście pije się do jedzenia wino. Po zjedzeniu drugiego dania następuje czas na deser i są to albo owoce, albo słodycze. Po pełnym, popołudniowym posiłku jest czas na lekki odpoczynek, tzw. sjestę. Trwa ona od 10 do 15 minut, jeśli ktoś musi wracać do pracy.
Jeśli chodzi o wino, to występują trzy rodzaje: różowe, czerwone i białe. To ostatnie pije się bardzo rzadko, bo tylko z rybami. Niestety, jest to także uwarunkowane praktycznością - nie służy ono żołądkowi. Również wino różowe nie działa dobrze na żołądek, ale jest pobudzające, więc częściej się go używa, niż białe.
Do sprawy jeszcze powrócę, teraz chcę napisać coś o Marche. Jest to bazar, na którym majtki kosztują 1 euro, a inne ubrania są od 3 euro wzwyż. Co najważniejsze, nawet najtańsze produkty są tutaj ładne. Osobiście mogę się pochwalić, że ciocia mi kupiła koszulkę za 6 euro. Śliczna jest!
Rozmawiając o cenach w Polsce i we Francji stwierdziliśmy, że trzymają się one na podobnym poziomie (jeśli akurat chodzi o ciuchy, bo technika jest jednak w mojej ojczyźnie tańsza), z tym jednak, że Francuzi zarabiają proporcjonalnie do miejscowych cen. Oczywiście może to być półprawda, bo cioci, która zarabia 800 euro nie stać by było na wynajęcie jakiegoś apartamentu w mieście. Dużo też zależy od fachu. Jako kasjerka można tu zarobić tyle, ile ciocia, ale jako księgowy z 3 tys. euro już można spokojnie zarobić.
Wydaje nam się - Polakom - że mamy źle i, że nas doją lepiej (bardziej), niż gdzie indziej. Jednak - jak się okazuje - we Francji też jesteś dojony. Utrzymanie domu i podwórka (ze wszystkimi podatkami) kosztuje 1000 euro. Wujek dorobił się tego pracując od 7 do 6 w warsztacie i po kolacji u siebie, co zajmuje go do godziny 22.
Widziałam cmentarz francuski. Znajduje się on w każdej wiosce i jest mały, otoczony murkiem.
W Polsce można spotkać się z przekonaniem, że wino - im starsze, tym lepsze. Nie do końca jest tak, jak nam się wydaje. Owszem, są takie rodzaje win, ale wszystko zależy od sposobu jego produkowania oraz od przeznaczenia. Czasem też niektóre wina, mające lepiej smakować po latach zamieniają się w ocet winny i nie jest to do końca wyjaśnione, dlaczego tak się dzieje. Zazwyczaj jednak wino jest dobre wtedy, kiedy w danym roku było dużo słońca, gdyż wytwarza ono cukier w winogronach. Im więcej cukru, tym wino jest smaczniejsze.
(Później)
Mam opory przed korzystaniem z kompa wujka. Być może to jest dziwne, ale... Chyba dobrze robię, bo wczasy to jednak wczasy i czasem trzeba sobie odpocząć od niektórych rzeczy. Co do książki, którą wzięłam, to jakoś nie mam ochoty jej czytać, chociaż się nudzę.
(Później)
Język francuski należy do języków romańskich, czyli mających swoje początki z łaciny. Mimo to we francuskim można znaleźć bardzo dużo zaczerpniętych słów z angielskiego. Podobieństwo w nazwach dla trzech ostatnich miesięcy jest tak uderzające, że aż zadziwiające. Weźmy grudzień na przykład. Dla Anglików będzie to October, a dla Francuzów - Octobre! Co najzabawniejsze, wyraz "orange" jest taki sam w języku angielskim, jak i we francuskim. Ktoś może powiedzieć, że może on mieć inne znaczenie, ale nie jest tak.
Mój brat kiedyś - w ogólniaku - uczył się języka francuskiego. Kompletnie nie właził mu on do głowy, twierdził też, że francuski jest porąbany. Nie jest on odosobniony w tym twierdzeniu, ba - można łatwo udowodnić tę tezę. Wujek mieszka 20 lat we Francji, umie bardzo dobrze rozmawiać po francusku, ale nauczenie się poziomu francuskiego na tyle, by się dogadać z Francuzem zajęło mu dwa lata. Trochę mnie ten fakt ściął z nóg, bo tu jest pięknie, życie jest ciekawe, ale jakbym miała tu mieszkać, to... to by było bardzo ciężko. Bo niewiele udaje mi się wyłapywać słów. Czasami też są one tak dziwnie wymawiane, że ich kompletnie nie umiem powtórzyć i omijam te wyrazy. Chociaż słowo "Mars" ("marzec") łatwo zapamiętać, to jest to spowodowane raczej skojarzeniami, niż z innymi czynnikami.
Jedno jest pewne - by zamieszkać w obcym kraju, którego języka się nie zna to trzeba mieć odwagę. Mi jej raczej brakuje.

digg it
del.icio.us